17.05.2009 - DZIEŃ 2 - Maramauresz i Góry Rodniańskie
Gdy powoli wywlekaliśmy się z namiotów nic nie wskazywało, że będziemy mieć dziś piękną pogodę. Ale im powietrze się bardziej ogrzewało tym chmury bardziej się podnosiły i ustępowały ze szczytów pokazując nam to co widzieliśmy wczoraj ale dziś już w słonecznym świetle. Jak to rano kawa, herbata i śniadanko a potem składanie obozu.
PORANEK W NASZYM OBOZIE
Ruszyliśmy głębiej w Góry Maramaroskie do miejsca dogodnego by wyjść sobie na szczyt Carcanel 1847m. Po drodze w oddali pojawiła się fioletowa plama krokusów. Marcin z Krysią dostali w tym momencie florgazmu (tego słowa Marcin bardzo często używał podczas tego wyjazdu). Porzuciliśmy samochód i popędziliśmy tarzać się w kwiatkach.
FLORGAZM W KROKUSACH
WYPRAWA NA CARCANEL
Wychodząc w góry na dachu auta zostawiliśmy worki prysznicowe by się nagrzała woda, więc po powrocie był szybki prysznic, papu i zjechaliśmy z powrotem na Przełęcz Przysłup. Tutaj weszliśmy do cabany bo marzyła nam się dobra kawa i zimne piwo. Zamówiliśmy kawę z naciskiem na słowo big, i piwo, nie było dużego wyboru jedna jakaś puszka na półce ale mimo wszystko sprzedawca trzy razy upewniał się czy chcemy to piwo. Kawe podali nam w plastykowych kieliszkach wielkości takiej w jakich pije się u nas wódkę a piwo okazało się bezalkoholowe. Marcin po drugiej stronie drogi wypatrzył fajnie wyglądających popów i padła propozycja by zrobić sobie z nimi zdjęcie ruszyliśmy żwawo w ich stronę ale za chwilę okazało się, że nie ma chętnych na zadanie pytania czy możemy to uczynić. Zawiedzeni wróciliśmy na wcześniej zajmowane pozycję, wylaliśmy piwo do rowu, wsiedliśmy w samochód i przecinając przełęcz ruszyliśmy w kierunku Gór Rodniańskich.
SKOK Z MARAMAROSKICH W RODNIAŃSKIE
Dobre miejsce na biwak znaleźliśmy w pobliżu jeziorka polodowcowego Izvoru Bistritei. Z racji, że zostało jeszcze kilka godzin dnia, rozbiliśmy szybko namioty i zrobiliśmy sobie wycieczkę nad jeziorko.
Po powrocie do obozu zabraliśmy się za zbieranie opału na ognisko, które miało zapłonąć zaraz po zachodzie słońca, gdyż ten zapowiadał się dzisiaj całkiem nieźle. Więc gdy tylko niebo zaczęło się czerwienić wyszliśmy na pobliski pagórek uzbrojeni w aparaty fotograficzne. Gdy czerwona tarcza słońca skryła się za górami rozpoczęliśmy ucztę wieczorną czyli kiełbaski i ziemniaczki z ogniska. Po dwóch dniach pstrykania trzeba było też zgrać zawartość puszek do laptopa i tak zakończył się bardzo ciekawy dzień.