12.08.2009 - DZIEŃ 5 - Pożegnanie Rumunii i pierwsza noc w Bułgarii
Pobudka dziś była bardzo wcześnie, bo mamy zamiar dojechać do wybrzeża bułgarskiego. Zwijamy obóz, pijemy tylko kawę, kanapki do samochodu i ruszamy. Jeszcze tylko przystanek przy zaporze na jeziorze Vidraru oraz zamku Drakuli i opuszczamy rumuńskie góry. Teren się obniża i wypłaszcza, robi się mało ciekawie. Wskakujemy na autostradę do Bukaresztu i w końcu możemy rozwinąć sensowną prędkość, adrenaliny nie dodaje nam 160 na liczniku, tylko brak rumuńskiej winiety ;), ale jakoś się udało. Granica rumuńsko - bułgarska, wnosimy opłatę za przejazd mostem na Dunaju, kupujemy bułgarską winietę i jesteśmy w Ruse. Teraz kierunek Varna.
EMONA
Dosyć szybko dojechaliśmy do Varny, dobra droga, potem autostrada, samo miasto bardzo zakorkowane. Z Varny ruszyliśmy wybrzeżem na południe, hotel w Sinemorets mieliśmy zarezerwowany od następnego dnia, więc postanowiliśmy za biwakować gdzieś nad morzem. Kasia wypatrzyła na mapie malowniczo wyglądający cypelek pomiędzy Varną a Burgas. Zwróciłem jej uwagę, że wg. mapy są tam bardzo urwiste brzegi i ciężko będzie tam zjechać do morza, ale się uparła. Ruszyliśmy, więc na ten cypelek do miejscowości Emona, droga taka, że niech ją ..... strzeli. Wieś jak po akcji wisła, jeden sklep chwilowo zamknięty i jeden bar. Od jakiegoś Bułgara wyciągnąłem informacje, że do morza nie zjedziemy, trzeba pieszko. Zrobiliśmy skromne zakupy i próbowaliśmy znaleźć jednak jakiś zjazd do morza. Miejsca fajne, ale żeby dostać się do wody potrzebny był by czekan i liny. Postanowiliśmy wrócić kawałek, bo po drodze widzieliśmy jakiś zjazd w kierunku morza. Udało się miejsce piękne, dzikie, namioty na plaży, plaża pełna nagich kuterków. Dziesięć minut i byliśmy z bambetlami na plaży, rzuciliśmy wszystko w piach i biegiem do cieplutkiego morza. Gdy nacieszyliśmy się morzem rozbiliśmy namioty i z Łysym podziwialiśmy kuterki. Było tak ciepło, że postanowiliśmy spać na materacach na plaży. Po wschodzie księżyca w stroju Adama i Ewy wparowaliśmy do morza, woda była tak ciepła, że nie chciało się wychodzić. Gdy już leżeliśmy na materacach nad głowami mieliśmy przepiękny deszcz meteorytów.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
12.08.09
Środa....pobudka jak na komendę...wszyscy na nogach... ruch, zwijanie obozu, krótka chwila wytchnienia przy kawie. Wczorajszego wieczoru podjęliśmy decyzję, że darujemy sobie rumuńskie morze i tniemy prosto do Bułgarii :). Kanapki na drogę zrobione, nawet udało mi się wpakować do bagażnika plecaki z góry, co by lepiej się jechało po autostradzie :) /nadal nie wiem jakim cudem to upchnęłam, ale jak się popieści to się wszystko zmieści ;) podobno :P/. Granica rumuńsko-bułgarska nie była jakaś nadzwyczajna, no może poza faktem, że latałam do budek, a to za most zapłacić, a to winiety kupić :P...Yh... Przekraczamy Dunaj...
Bułgaria...no inny kraj...drogi inne i tniemy jak rakieta ;):P...Wybraliśmy trasę przez Warnę, miasto wita nas rzędem flag, małymi palmami na klombach i błękitem morza. Irek i Tomek pochłonięci korkiem, a raczej próbą wydostania się z niego...a mijamy cudną cerkiew na jakimś wielkim palcu, ze złotymi dachami i witrażami mieniącymi się w słońcu. Na miejsce docelowe na biwak, upatrzyłam cypelek z wioską Emona, według mapy pustawo, czyli idealnie dla nas. W momencie kiedy zjechaliśmy z drogi głównej na ową wioskę, moja pewność siebie, troszku zmalała. Irek ciskał pioruny wzrokiem i chyba coś mamrotał w duszy...i lepiej nie wiedzieć co... Przedzieraliśmy się z 10 km drogą, którą posunął czas. Emona okazała się wioseczką rozproszoną na wzgórzach i dolinkach nadmorskich. Wjechaliśmy na czuja chyba do „centrum” :D. Baro-sklep okazał się chwilowo nieczynny, knajpka za to zapewniła nam zimne piwko. Iras w krótkiej konwersacji /czyt. machaniu rękami/ z miejscowym właścicielem terenówki, uzyskał informację, że nie zjedziemy do morza w Emonie. No ale, może poszukamy jeszcze... wpakowaliśmy się w jakąś polną drogę, która zamiast na piaszczysta plażę, zaprowadziła nas nad urwisko. Co prawda widok był bajeczny, a barwa morza oszałamiała, niestety bliskość opuszczonego kościółka z równie opuszczonym cmentarzykiem nas troszkę odstraszyła ;). Ponieważ zmuszeni byliśmy wrócić na tą samą drogę, którą tu przybyliśmy, Irka wzrok znów wiele wyrażał. :P W końcu błądząc chwilę po okolicy, znaleźliśmy zejście na plażę...auto zostało na górze, a my z wyselekcjonowanymi bagażami stoczyliśmy się w dół...prosto na piaseczek...Morze nas zahipnotyzowało, bo w ciągu kilku chwil wszyscy byliśmy w wodzie :). Pierwsze moczenie mieliśmy już za sobą, więc zabraliśmy się za rozbijanie obozu :), oczywiście umilając sobie ciężką pracę ;) wizytami w wodzie. Zachód słońca, nie był zbyt imponujący może dlatego, że mieliśmy go za plecami,a le za to wschód księżyca był piękny... chyba pierwszy raz miałam okazję, obserwować go nad morzem i do tego Czarnym. Już wcześniej postanowiliśmy, że śpimy pod gołym niebem, więc namioty służyły nam głównie za magazyny bagaży. To była niesamowita noc... nocna kąpiel w morzu, rozpoczął się deszcz meteorów, gwiazd było nieskończenie wiele, a huk morza potęgował każde odczucie. No może do momentu, kiedy nie zasnął Łysek i nie zaczął zagłuszać huku fal ;):P...
|