10.08.2009 - DZIEŃ 3 - W Górach Rarau, wokół Gór Ceachlau i Wąwóz Bicaz
Rano zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy na wychodnie skalne Gór Rarau. Trasa dosyć trudna, więc najmłodsza uczestniczka wyprawy - Zosia musiała być, w niektórych miejscach podawana pomiędzy mną a Łysym, ale była dumna, gdy stanęła na szczycie. Po zejściu na dół musieliśmy jeszcze, po drodze podeprzeć wielki głaz ;), który groził przewróceniem. Zdjęcie na samotnej ławeczce w górach i skierowaliśmy się w stronę jeziora Izvorul Muntelui u stóp Gór Ceahlau.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
10.08.09
Poniedziałek .... Po jazdach nocnych, wszyscy poza Zosieńką, wstali raczej sprawnie. Zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy na szlak zdobywać ostańce wapienne, górujące nad okolicą. Wieczorem powiem szczerze wyglądały dość złowrogo, ale to może przez moją bujną wyobraźnię. Już na początku trasy mijamy pasterza, który nas zaczepia i pyta czy idziemy na górę i życzy nam dobrego dnia :). Trasa może i niezbyt długa, ale końcówka już po skałkach i Zosia można powiedzieć, że stale unosiła się ponad ziemią, oczywiście dzięki mocy ramion naszych panów ;):D...Moja kondycja została w Lublinie, łącznie z płucami, więc jak już wgramoliłam się na górę, to standardowo byłam w kolorze buraczkowo – malinowym, więc aparatu unikałam jak ognia :P. Widok cudny...co prawda widoczność mogłaby być lepsza, ale i tak panorama urzekała. Dobra wejść to jedno, a teraz trzeba zejść...po dziwnych kombinacjach alpejskich udało nam się dotrzeć do auta, które było pilnowane przez owego pasterza i jego psa :). Pomachawszy mu na pożegnanie, ruszyliśmy dalej...
Następnym punktem tego dnia był wąwóz Bicaz, największy w Karpatach. Robi wrażenie, choć przeszkadzają trochę tłumy zwiedzających go ludzi. Przejechaliśmy go powoli zatrzymując się parę razy na zdjęcia i w sklepie. O dziwo, jak na takie miejsce sklep świecił pustymi półkami i nasze zakupy nie były za bogate. Skierowaliśmy się w kierunku miasta Gheorgheni z zamiarem znalezienia miejsca na biwak za Przełęczą Pangarati.
Udało się, miejsce na biwak bardzo przyjemne nad potoczkiem, z dala od drogi. Jeszcze tylko wypad z Kaśką do miasteczka na uzupełnienie zakupów i znowu siedzieliśmy przy ognisku.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
Po drodze w dół, nasi „Atlasi” ;) musieli podtrzymać glob, oczywiście udało im się to tylko przy pomocy Zośki ;P... Dość oryginalnie umiejscowiona ławeczka widokowa, przyprawiała nam ciareczki na plecach...No jak wujek Łysy się położył, to Zosia też :)... czyli sesja ławkowa.
Na dole okazało się, że musimy odwiedzić wulkanizację. Baaardzo :D miły młody człowiek sprawnie zajął się Irka dziurą :D..., a my w tym czasie standardowo udaliśmy się na kawę.
Dalsza droga upłynęła dość szybko, pomiędzy drzewami ukazywało się co chwila jezioro Izvorul Muntelui oraz ogromne góry Ceahlau. Niestety podziwialiśmy je tylko z daleka. W końcu dojechaliśmy do celu podróży dnia dzisiejszego, a mianowicie Wąwozu Bicaz. Ujmę to tak....o żeś w mordę... :). Nie da się opisać tego słowami, wrażenie jakie się ma wjeżdżając wąską drogą pomiędzy ściany wąwozu, tuż nad potokiem, grzmiącym poniżej.../cytując znajomego: „ ja pierdykam, ale czad”:D/. Mnóstwo aut, ludzi, straganików ze wszystkim, takie trochę nasze Krupówki. Ale nic nie jest w stanie przyćmić ogromu tych skał. Droga wije sie pomiędzy zboczami, wyżej, poprzez tunele, prowadząc przez małe turystyczne wioseczki. Niby ludzi zatrzęsienie, a sklepy, troszku pustawe. Chyba, że wszyscy już byli przed nami i wszystko wykupili. :)
Przemieszczając się dalej w poszukiwaniu miejsca biwakowego, zostaliśmy porażeni widokiem kurek u przydrożnych sprzedawców. Zaopatrzyliśmy się w pokaźną ich ilość, co nam jeszcze poprawiło humory, gdyż rysowała się przed nami wizja kolacji – kurki w śmietanie. Troszku fartem wypatrzyliśmy z góry, łączkę z rzeczką, no wprost idealną na rozbicie namiotów. Każdy też już troszkę marzył o kąpieli, chociaż by w lodowatej wodzie strumienia. :P Obozowisko rozbite, kąpiel w wodzie w pół łydki była dość dużym wyzwaniem, a już szczególnie interesująco musiało wyglądać mycie włosów. Pozycje zaciągnięte chyba prosto z jogi, najważniejsze, że się nie utopiłam. :) Zabrałam się za czyszczenie kurek, Aga z chłopakami zabezpieczali drewno na ognisko. Odwiedził nas bardzo miły właściciel łąki, który powiedział, że spokojnie możemy się u niego rozbić i poprosił tylko, aby zostawić porządek. Padł pomysł uzupełnienia zapasów w niedalekim miasteczku i wyszło, że tylko ja jeszcze mogę prowadzić :P. O dziwo Irek się nawet na mnie nie darł w trakcie jazdy i może dzięki temu dowiozłam cało zakupione jajka. Tralalal przejechałam przez rzekę... ;). Po powrocie zastaliśmy już przygotowane ognisko, umyte kureczki i płaczącego ze śmiechy Łysego. Irku i Agnieszko....ja nie wiem czy herbatka koperkowa, którą pija Zosia jest w istocie herbatką koperkową, ale wizje to ona daje niezłe. :P Zosia zrobiwszy ognisko z wujkiem, zaczęła je ozdabiać cukierkami i generalnie padła propozycja alternatywnego ogniska cukierkowego. :):). Łysek przygotował pyszne kurki w śmietanie, zapłonęło ognisko, Zosia po kilku dniach postu bajkowego zamontowała się w aucie z DVD i Scooby Doo :D. Irek nie omieszkał wysadzić w ognisku jednej /*na szczęście tylko jednej/ butelki po piwie. I tak powoli kończył się kolejny dzień naszej wędrówki...
|