09.08.2009 - DZIEŃ 2 - Góry Rodniańskie i Góry Rarau
Noc nas nie rozpieszczała, niby sierpień a zimniej, niż jak byłem tu w maju, za to poranne widoki i śniadanie zrobione przez Łysego, zrekompensowało wszystko. Po zwinięciu obozu zrobiliśmy wycieczkę do jeziorka polodowcowego Izvoru Bistritei.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
09.08.09
Niedziela..... nie wiem jak to się stało, że powstaliśmy prawie równocześnie.... Widok, który ukazał się po wyjściu z namiotów, był warty każdej sekundy drogi tu przebytej i telepania się w nocnym chłodzie. Oczywiście ruszyliśmy na sesje zdjęciową :)... Standardowy rytuał kawowy i pytanie co na śniadanie :) ... No to może jajecznica z pomidorkami i rumuńską kiełbaską :)... A masz jajka...? Oczywiście, że mam ;).
Łysy ukazał swoje zdolności kulinarne w przepysznej jajecznicy, oczywiście nie ma to, jak świeżo zmielony pieprz i sól morska / i wcale nie jestem gadżeciarą ;P/
Najedzeni, spakowani, ruszamy w stronę wabiących nas gór.... Ukazują sie naszym oczom cudne widoki Gór Rodniańskich... Jedziemy w stronę jeziorka polodowcowego, kryjącego się w niecce skalnej u stóp wspaniałych szczytów. Mijamy stada owiec, porozrzucanych niczym koraliki, na otaczających nas łąkach oraz cudnie malownicze konie. Zatrzymując się na zdjęcia, wzbudziliśmy żywe zainteresowanie wśród groźnych rumuńskich psów pasterskich :D /generalnie wszystkie rumuńskie zwierzęta chyba są groźne ;) :P/... Nie wiele brakowało do tego, abyśmy nie wyszli z tej konfrontacji cało....mogły nas za lizać na śmierć... :). Nad harcami młodych psiaków miał baczenie przywódca sfory, który z odległości, którą uznał za słuszną obserwował nas ze spokojem godnym szefa. :). Ruszyliśmy dalej na pierwszą wycieczkę.... Droga do jeziorka okazała się niezbyt długa i niebawem naszym oczom ukazało się niewielkie jeziorko, ale za to cudnie komponujące się z otoczeniem. Mojego zachwytu nie podzielała dwójka Francuzów, którzy dotarli do jeziorka równo z nami. Wyraz zawodu malował się na ich twarzach, gdyż oczekiwali chyba gigantycznego jeziora, zamiast tego maleństwa. A dla mnie było piknie... :) Zosia korzystając z naszej chwili odpoczynku, znalazła w resztkach ogniska, bardzo ładnie mieniący się węgielek :D Ale się mama ucieszyła :>:P..
Powrót do autka i ruszamy dalej. Dopiero teraz dokładnie widzimy, gdzie Irek nas wywiózł po nocy :)...wow...:). Kierownik naszej wyprawy ;) zabiera nas na obiadek, do hoteliku, który organoleptycznie sprawdził w maju. Niby karta jest po angielsku, ale pani nie teges.... więc zostajemy przy zupie gorąco polecanej przez Irasa oraz wybieramy wieprzowinkę w sosie z polentą, sadzonymi jajami i regionalnym serem... Obiad nas pokonał :) ... Osobiście nie przebrnęłam ani przez zupę w całości, ani przez danie główne :)...Dobrze, że nie połasiliśmy się na deser. :) Po wytoczeniu się z lokalu, z trudnościami zapakowaliśmy się z powrotem do autka.
Po wycieczce zjechaliśmy na Przełęcz Przysłup a potem dalej na dół w kierunku Vatra Dornei. Przystanek na obiad w sprawdzonym w maju hotelu i pyszna reginalna zupka czosnkowa z kurczakiem, drugiemu daniu nie daliśmy rady. Zakupy w mieście i kierunek Góry Rarau. Na góre wyjechaliśmy w miarę wcześniej i dobrze bo las był tak wyczyszczony z opału, że trochę czasu minęło zanim zrobiliśmy zapas na wieczór. Przed kolacją jeszcze w miarę fajny zachodzik słońca a do kolacji 2 rumuńskie winka.
NA ŻÓŁTO - Oczami Kasi
Przed nami Góry Rarau. Droga w nie wiodła przez małe wioseczki z domkami najróżniejszej maści, wtulonymi w brzegi potoku. Wspinaliśmy się coraz wyżej i wyżej i dla odmiany wyżej ;)... zaliczyliśmy po drodze stado owiec :D i w końcu dotarliśmy ponad granice lasu. I tu następuje zaskakujące przyspieszenie akcji :D... Irek wjechawszy kawałek w stronę szczytu, zaparkował na łące, złapał papier i susami, którymi mogłaby się poszczycić niejedna sarna pognał w stronę lasu :), oczywiście z naszym rechotem na plecach :P...ukraińskie żarcie dało znać o sobie :)... Wrócił jakiś taki zmarnowany :P... Panowie wybrali miejsce na biwak, co jest istotne w tym przypadku, gdyż po pierwsze wyjaśniła się kwestia „Irasa Palovnika” - wszędzie otaczały nas słupy wysokiego napięcia, a po drugie - dawno nie miałam tak męczącej nocy... mianowicie, regularnie zjeżdżałam z materaca i musiałam się wczołgiwać z powrotem :):D...Obóz rozbity...jak widać na zdjęciach przy niewielkim udziale Irasa :):P....Zachód słońca - może i dla Irka, tylko w miarę fajny, a dla mnie pierwszy na tej wyprawie :) i mi się podobało :). Dzięki rumuńskim winkom, wypitym do kolacji, zresztą w dość dużym tempie, nie czuliśmy chyba tak bardzo, że ta noc również jest zimna...mocno zimna...W kwestii czysto technicznej :) Łysy załatwił nam krzesełko... i nawet doczekaliśmy do pieczonych ziemniaków :).
|